piątek, 8 kwietnia 2011

Pamiętnik. Wspomnienie z życia ... - wojna i niewola. Cz. I


Był to 1 września 1939 roku, który to dzień pisze i będzie pisać historia Polski i Europy, był to dzień wydania wojny Polsce przez Niemcy hitlerowskie. W ciągu jednej doby Niemcy objechali mało nie całą Polskę. Ile w ciągu dobry zburzyli domów i miast, a ile wybito żołnierzu trudno opisać. Gdzie nie dojechano czołgami, samochodami, tam doleciano samolotem i zbombardowano. Czytelnicy zapewne zapytają, a gdzie nasz polskie samoloty i działa przeciwlotnicze, żeby zatrzymać najeźdźcę? Z bólem serca muszę przyznać, że mało tego mieliśmy, a co mieliśmy to zostało na lotniskach, bo było nieprzygotowane. Jak się później okazało, to wszędzie było czuć zdradę. Niemcy wszędzie mieli swoich szpiegów i to przeważnie w mundurach wyższych oficerów. A dowody tego, że zaraz w kilka dni po wybuchu wojny w każdej brygadzie zabrakło dużo oficerów sztabowych, a najwięcej tych, którzy mówili, że nie oddamy nawet guzika od mundura. To były pierwsze dni wojny, Nie jednym były to dni pierwsze i ostatnie wojny. My mieliśmy to szczęście, że dłużej byliśmy i patrzyliśmy na to, ponieważ kolumna taborowa nr 13 posuwała się nieco od tyłu, dlatego też na froncie specjalnie nie byłem. Ale kogo los rzucił na południe tj. Częstochowa, Piotrków, Sulejów, z tamtąd mało, kto wrócił. Niemcy, kogo nie zabili, to wzięli do niewoli. A pójście do niewoli niemieckiej znaczyło straszne i powolne głodowe konanie. 
Nie mam zamiaru szeroko opisywać przebiegu, po pierwsze nie chcę nieprawdy pisać nie znając wszystkiego jej przebiegu; a po drugie, że piszę tylko to, co sam przeżyłem i widziałem. Krótko chcę tylko wspomnieć o ostatniej wojnie. Wojna Niemców z Polską trwała krótko, niecałe dwa tygodnie, reszta dni to były tylko małe utarczki z niedobitkami Polaków, którzy schronili się w lasach. Polacy są narodem dzielnym i odważnym, ale w tamtej wojnie nie mieli w stosunku do tak potężnego wroga, jakim były Niemcy, czem walczyć. To jest, że wszędzie było szpiegostwo i zdrada. Zacząwszy od Marszałka Rydza Śmigłego i Ministra Beka, którzy pierwsi starali się szukać schronienia za granicą. A więc jak widać ryba trąci od głowy. Sam Hitler powiedział, że gdyby maił do swojej broni polskiego żołnierza, to by cały świat przeszedł. Niestety przysłowie mówi: „bez dowódcy wojsko ginie”. Lecz pomimo wszystkiego jak się później okazało, to gdyby i nawet polskie dowództwo wytrwało, to też by Niemcom długo nie można by było się opierać tylko więcej by zginęło narodu. Nasi dowódcy naszej kolumny, widząc, że nie ma już ratunku, to już wiedziano o tym, że blisko kapitulacja. 
Byliśmy otoczeni ze wszystkich stron jak od zachodu tak i od wschodu, było tylko wyjście na północ na Litwę, a z Litwy do Łotwy. Zanim przebraliśmy się na Litwę mieliśmy kilka napadów w okolicy Skidła przez tak zwanych partyzantów, którzy obstrzeliwali nasze oddziały. Lecz ofiar w naszej kolumnie nie było. Odwrotnie, kogo pojmano z tych, co ostrzeliwali nas, to należy sądzić, że więcej oni nie strzelali nigdy. I tak to wkroczyliśmy za granicę Litwy, tam trzy kilometry od granicy, na strażnicy złożyliśmy broń. Niektórzy żołnierze wrócili do Polski i dobrze zrobili, bo prędzej byli w domu. Nas natomiast cieszono, ażeby jechać do Kopciewa 15 km w głąb Litwy, a z tamtąd samochodami odwiozą nas do Polski. Chodziło, bowiem naszym dowódcom, ażeby odprowadzić konie. Kiedy więc zajechaliśmy do Kopciewa i zdaliśmy konie, to już nasi oficerowie nie troszczyli się o nas. Chodzili tylko z oficerami litewskimi i popijali wodę ognistą. Widząc taką opiekę nad sobą, mimo, że namawiano nas ażeby zostać i dalej emigrować, postanowiliśmy wracać do ojczyzny póki jeszcze bliżej. 
Nie nocując w Kopciewie, wybrało się nas czterech iść bliżej granicy. Dlaczego nas czterech, ponieważ wszyscy byliśmy z jednego województwa. Jeden z Augustowa i dwóch z okolic Goniądzą. Noc nas spotkała o 4 km od granicy. W nocy nie było możliwości przejścia granicy. Zaszliśmy do jednego gospodarza, który mieszkał w pobliżu drogi. Gdy weszliśmy do domu, pozdrowiliśmy po katolicku i dobry wieczór, gospodyni domu odpowiedziała, że nie soprantu, to znaczy nie rozumiem po polski. Lecz pokazuje nam znaki, że proszę siadać, a przyjdzie mąż i on to rozumie po polsku. Za jakiś czas zjawił się mąż jej, który to uprzejmie nas powitał, zapraszając na nocleg. Oto nam tylko chodziło, że możemy pod dachem przenocować i rozmówić się. Po kolacji, choć skromnej, lecz szczerej, poszliśmy spać do stodoły na zboże. Pierwszy to raz na dwa tygodnie, że mogliśmy zdjąć buty z nóg, bo z chwilą wyjazdu z koszar, to całymi nocami jechaliśmy, oglądając się, żeby nie wpaść w ręce Niemców. A kiedy nastanie dzień pojawiały się samoloty niemieckie i bombardowali, gdzie zauważyli wojsko. Tak, więc musieliśmy chronić się cały czas w lasach. Bywały takie dnie, że przez dni cztery nie mieliśmy nic do jedzenia, ponieważ kuchnie rozbili Niemcy. A kiedy to piątego dnia zabito we wsi wieprza i ugotowano nam, to nie było soli. 
Dlatego też, kiedy zjedliśmy kolację mogliśmy się rozebrać w stodole i zasnąć spokojnie. Zdaje się dzisiaj, że już jest dobrze. Jednak nas to wszystko nie zadowoliło, trapiła nas myśl jak dojdziemy do domu i jakie będzie potkanie nas, gdy przejdziemy granicę. 
Trzeba wiedzieć czytelnikom, że już na teren województwa białostockiego wkroczyły wojska rosyjskie i od nich już zależało nasze spotkanie. Nazajutrz rano jak tylko słońce weszło, ubraliśmy się i zaczęliśmy ruszać w drogę. Nie zapomnę tego pożegnania z gościnnym Litwinem, zdjął krzyż ze ściany, przeżegnał nas krzyżem, całując nas każdego z osobna, płakał jak by kogoś najbliższego sercu żegnał. Mówił to słowa pamiętne dzisiaj. Mój ojciec był Polakiem, dlatego we mnie płynie krew polska. Żałuję Was bardzo, że idziecie w ręce okupantów, bo Polska nie istnieje. Co będziecie przeżywać i co Was spotka, to tylko wie jeden Bóg, który rządzi wszystkim. Nie długo trzeba było czekać na ten znak zapytania. Była to niedziela 15 września, chciało się jak najszybciej dojść przynajmniej w swoje strony. Kiedy więc przeszliśmy szczęśliwie granicę, nie natrafiając żadnego oporu przez pograniczników litewskich, ponieważ oni mieli rozkaz puszczać przez granicę polaków, ale tylko bez broni. 
Gdy uszliśmy zaledwie 1 km drogi już zaczęły zatrzymywać się czołgi i tanki rosyjskie. Spotkanie krótkie, spojrzą na ręce, raboczyj narod, stupaj kartoszki kopać. I tak to my przyzwyczailiśmy się do żołnierzy rosyjskich. Podchodzimy do wsi Giby, położonej 12 km od Sejn. Szosa cała jest zajęta przez jadące wojsko rosyjskie, przeważnie kawaleria. Idziemy śmiało z tą myślą, że będzie tak jak do tego czasu, chciało się zobaczyć kawalerii sowieckiej. Lecz zawiedliśmy się bardzo. Na spotkanie do nas podjechał starszyna na czarnym koniu, z naganem w ręku. Witając nas nagan skierował w kierunku piersi jednego z nas najbliższego, który zatrzymał się koło niego. Z kuda wy i kuda idziecie polskie mordy. Tłumaczymy mu jak możemy łamiąc język, że wracamy do domu, jesteśmy rezerwistami, proszę nas puścić, bo mamy blisko do domu. Nie pomogły nasze prośby, każe dołączyć nas do grupy polskich żołnierzy, takich samych jak my na drugiej stronie szosy. Było ich tam około 20-tu. Spotykam tam swojego kolegę, z którym razem jechałem do wojska w dniu 18 sierpnia, tylko on do Suwałk, 2 pułk ułanów, ja zaś do Augustowa, 1 pułk ułanów. Tym moim kolegą i towarzyszem niedoli był Staranowicz Edward ze wsi Horodnianka. Zaczęła się rozmowa, gdzie ty, a gdzie ty byłeś i czy widziałeś kogoś bliskiego ze swoich stron? Krótka u nas była rozmowa. Kazano wstać i zapędzono nas do gminnego aresztu w Gibach. Tam potrzymano nas dwie godziny i zamiast zwolnić, to popędzono do Sejn w inny kierunek. 
Była to niedziela, ludzie tamtejsi idą do kościoła, nas natomiast pędzą odkosem szosy jak największych przestępców. Ciągle bez żadnej przerwy jedzie ich konnica. Przyjemni towarzysze pozdrawiają nas takimi słowami: Polackije mordy, strzelali k nam sabaki preklatyje, budziecieubite w siej czas. Przy takiej to przyjemnej rozmowie dostaliśmy się do Sejn głodni i zmęczeni, a co gorsze przestraszeni powitaniem.

Należy przyznać, że w Sejnach bardzo dobrzy ludzie. Organizacja PCK spotkała nas chlebem i wodą, a gdy umieszczono nas w koszarach KOP było nas około 500 żołnierzy, rodzina nie mała. Chodziliśmy, więc z kolegą Staranowiczem z Sali na salę szukając kogoś znajomego ze swych stron. Spotkaliśmy tylko jednego Szmygla Gienia z Mogilnic. Jest już nas cała trójka. Od Polskiego Czerwonego Krzyża otrzymaliśmy obiad. Po obiedzie wyprowadzono nas na plac. Gdy padła komenda rosyjska: w lewo krut na prawo szahom marsz, uśmieliśmy się z tej komendy, bo byliśmy już podjedzenie. Zatrzymano, zfrontowano nas i wtedy na lewym skrzydle stanął to oficer rosyjski, który coś mówił. Po skończonej rozmowie bito mu brawo. My będąc, o jakie sto metrów nie rozumieliśmy, co on mówił, biliśmy i my brawo. Kiedy z powrotem wprowadzono nas do koszar, pytamy tych, którzy blisko stali, co ten oficer mówił? Odpowiedzieli, że jutro rano pójdziemy do Grodna, a potem samochodami odwiozą nas do domu. I znowu obiecanka taka podobna jak na Litwie. Zupełnie nie wierzyliśmy, że to jest i będzie prawda, bo odległość z Sejn do Grodna jest 60 km, to, dlaczego nie zwalniają tych, którzy są o kilka km od Sejn, a nawet z samych Sejn. 
Gdy po spożyciu kawy dostarczonej przez PCK, pokładliśmy się na gołej podłodze do spania, wtedy to rozmawiając ze swymi dwoma kolegami powiedziałem: Koledzy, najmniejsza okazja, ja nawiewam, o ile mnie się uda, a jak zabiją proszę powiadomić rodzinę, gdzie moje miejsce spoczynku. Jeden z kolegów, Edek, rozradził mi, że pojedziemy na Kaukaz, gdzie jego stryjek był to, chociaż wina się napijemy. Obróciliśmy to w żart, powiedziałem mu wtedy, pij wino za mnie, ja za ciebie będę pił wodę. 
Przez całą noc nie zmrużyłem oka z tą myślą zawsze o ucieczce. Wychodziłem na korytarz drżąc, zbadać czy nie można spróbować ucieczki zaraz. Niestety dalej jak na korytarz nie można było wyjść. Wszędzie warta piesza i konna, najpoważniejszą sprawę załatwiało się na korytarzu, nie można było wyjść. Więc nie było żadnej mowy o ucieczce. Wróciłem smutny i zrezygnowany. Trzeba było czekać lepszej okazji. 
Nazajutrz rano skoro tylko dali wypić kawę już zbiórka na placu do odmarszu. Sformowano nas w trójki, ponieważ w kawalerii maszeruje się nie czwórkami a trójkami. A więc byliśmy szczęśliwi, że wszyscy trzej jesteśmy razem, jak długo żaden z nas tego nie przewidział, że tak szybko nastąpi nasz rozłączenie się. Staliśmy tak około 15 minut. Po takim to wypoczynku na gołej podłodze i nie wychodząc na podwórze, niektórzy słabsi prosili, ażeby pozwolono odejść na stronę w celu załatwienia sprawy w tym czasie najważniejszej. Owszem zezwolono, ale przed frontem wszystkich. Ja natomiast nie miałem potrzeby, lecz tylko pozorowałem, odchodząc nie do przodu, a do tyłu, mając na myśli ucieczkę. Jednak zdawało się mi, że obserwują mnie. Posiedziałem nieco i kiedy wartownik się odwrócił w drugą strone dałem skok na stojący spichlerz. Krótka to była radość, znalazłem się w pułapce. Za spichlerzem były sztachety koszarowe, a przy sztachetach stali konwojenci konni, którzy wartowali całą noc. Wycofać się z powrotem znaczyło to może nawet i zginąć. Wybrałem to, zanim nie widzą, nadal ryzykować. Przeżegnałem się i czołgając się pod sztachetami koło wartowników na odległość dwóch metrów doszedłem szczęśliwie do starego domu. Bóg tak widocznie chciał, że oni mnie nie zauważyli. Kiedy już byłem niewidoczny dla wojska, bo byłem już za domem, gdzie nie było drzwi, a tylko okna, bo drzwi były od frontu. Zapukałem cicho do okna. Otworzyła mi dziewczynka, lat miała około ośmiu. 
Wskoczyłem lotem ptaka, bo strach i siła wyższa mi dopomagała. Na pytanie, czy mają piwnicę odpowiedziano, że nie, tylko wyjście jedno na strych. I znowu musiałem czołgać się po podłodze, żeby nie zauważyli mnie, bojcy, którzy kręcili się po podwórzu. W sieni tego domu znowu niepowodzenie, drzwi były otwarte na zewnątrz, a o drzwi były oparte karabiny żołnierzy rosyjskich. I tu następuje może najważniejsza chwila w moim życiu i w tej ucieczce. Staje wtedy w drzwiach pani Karpowiczowa, bo tak nazywała się gospodyni tego domu, ze swą córką dorosłą i zasłaniając własnymi piersiami nieznanego dla nich zupełnie żołnierza-uciekiniera. Proszę chwilę zatrzymać się i zastanowić, co by ich mogło spotkać, gdyby zauważono to, że dopomagają ucieczce. Na pewno nie lepszy los jak wielu ludzi z Sejn, u których znaleziono ukrytych żołnierzy Polaków. Jednak Bóg chciał, że ich nic nie spotkało i ja tylko dzięki tych ofiarnych kobiet i jeszcze dzisiaj żyję i to przeżycie opisuję. Gdy znalazłem się na strychu, to schowałem się jak mogłem. Po jakimś czasie przynoszą mi ubranie cywilne, ażebym się przebrał mówiąc: Proszę się przebrać i zejść na dół, będzie pan, jako syn i brat, bo Żydzi naprowadzają żołnierzy i gdzie, u kogo żołnierza znajdą, to zabierają za karę całą rodzinę. Marne to wprawdzie było ubranie, które przez to mogło zdradzić mnie, ale włożyłem. 
Podszedłem do szczytu tego strychu, spojrzałem prze szczelinę, była luka po mnie zastąpiona. Po jakimś czasie padła komenda maszerować. A więc Edek Staranowicz pomaszerował pić wino, a ja tymczasem pomyślałem o wodzie w rodzinnej wsi. Kiedy zszedłem ze strychu, to długo nie zatrzymywałem się w domu Karpowiczów, ażeby nie zwrócić podejrzenia na siebie. Podziękowałem jak tylko mogłem za ocalenie dla wszystkich w domu Karpowiczów, wyszedłem tym samym oknem, którym wchodziłem. Zaraz był dom Galinajtesów, mieszkali oni wtedy w suterynie. Tam to wszedłem, gdzie się ogoliłem i dano mi lepsze ubranie, ponieważ w tym domu było czterech mężczyzn. Po śniadaniu drugim, podziękowawszy wszystkim i za wszystko udałem się przez pola w kierunku Augustowa. 
Zaraz za Sejnami spotkałem drugiego takiego samego towarzysza podróży jak ja, tylko on miał dalej do domu, bo był on z pod samej Warszawy. I z tym kolegą przyszedłem szczęśliwie do Jagłowa w dniu 17 września. Miałem to szczęście, że wszystkich w domu żywych i zdrowych zastałem. Brat starszy Stach, który również był zmobilizowany, wrócił szczęśliwie na dwa dni przede mną. Jednak nie wszystkie domy były szczęśliwe, że wszyscy wrócili. Do najgorzej poszkodowanych należała Ostrowska Pelagia, bo straciła na wojnie dwóch synów. Było i więcej takich, co nie zginęli, ale dostali się do niewoli niemieckiej lub rosyjskiej i tam to byli przez kilka lat, aż dopiero powracali po kapitulacji Niemiec tj. w roku 1945, 9 maja. 

Chcę wspomnieć jak długo Edek Staranowicz pił wino. Kiedy wrócił to opowiadał, że 6 tygodni nie rozładowano ich z pociągu, na trzy dni raz dawano jeść i to słone ryby tak, że i woda chyba była lepsza od wina, tylko i tego trudno było dostać. Najważniejsze to było to, że przetrwał i wrócił do domu. 

Pisząc o swoich przeżyciach wspominam o dobrych ludziach w Sejnach. Zdawało się, że wszyscy ludzie takimi powinni być. Niestety, podróżując pieszo do domu spotkaliśmy takich uprzejmych ludzi w Suchorzeczkach, że odmówili nam noclegu tłumacząc, że nie mają słomy dać pod bok. Jedne natomiast gospodarz bardzo zamożny nie mógł odmówić, że nie ma słomy, bo widzieliśmy, ale jeżeli chodzi o kolację, to kazał ażebyśmy sami naobierali kartofli i ugotowali. 
Podziękowaliśmy za gościnność i poszliśmy do sołtysa w Czarnym Brodzie, Chilińskiego, który nas zakwaterował u siebie. Tak, że, jak kiedy wróciłem do domu, to zapowiedziałem domownikom, żeby nikomu nie odmówili noclegu lub posiłku, kto tylko będzie tego żądał. 
Tak to, więc w skrócie kończą się przeżycia z mojej pierwszej części. 

Koniec części pierwszej pamiętnika 
Jana Zajko

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Pamiętnik. Wspomnienie z życia wsi wieku minionego. Cz. I

„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego...

...Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą”

Ks. Jan Twardowski

Prezentuję dziś wam fragmentami autentyczne słowa zapisane w pamiętniku wujka Jana Zajki [1915-2003] rodem z Jagłowa, spokrewnionego blisko z rodziną Noruk, z której to wywodziła się moja babcia macierzysta Władysława Noruk [1902-1984] z Jaziewa. Będę używał tu określenia „Wujek”, bo tak go w rodzinie wszyscy nazywaliśmy. Rodzina Zajko z Jagłowa stanowi boczną linię mojego drzewa genealogicznego ze strony Mamy. 
Ten pamiętnik jest zapisem lokalnych wydarzeń z pierwszej połowy XX wieku na pograniczu dawnej Rzeczypospolitej tak jak ją widział i czuł autor. Uwodzi pięknem języka i sformułowań, jakich dziś coraz mniej się używa. Pierwszy raz czytałem go za życia autora, jako młodzian niedoświadczony, który nie miał śmiałości spotkać się i dopytywać o szczegóły życia na wsi tak pięknie tutaj opisane. Miałem okazję słuchać jego talentu oratorskiego na przemówieniach pogrzebowych, które poruszały każdego za wyjątkiem głównego podmiotu wydarzenia. Nauczony swym złym doświadczeniem przestrzegam, więc was abyście nie ociągali się w rozmowach z seniorami rodów cytując tutaj słowa poety Jana Twardowskiego, które byłyby zapewne dla Wujka Janka bliskie „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Zapraszam do lektury, która trafiła ponownie w moje ręce dzięki przepisaniu, uprzejmości i za zgodą Piotra Zajki – syna Wujka. 
Chyba nie łamię tu woli Wujka zawartej we wstępie publikując jego słowa w charakterze non profit, choć zapewne z ilością czytelników, której by się nie spodziewał. W końcu z każdym pokoleniem jest nas więcej, jak to Wujek określał - dzieci moich i naszych, ich córek, synów i wnuków. Poczujcie się, więc drodzy czytelnicy, jako zaproszeni do rodziny z tak wielką miłością i pietyzmem tutaj przez Wujka opisaną. Wujku! Dzieci Twoich i Naszych dzieci pamiętają i przekazują pamięć o życiu Twego pokolenia kolejnym pokoleniom. 

Jan Zajko 

Pamiętnik 

Wstęp 

Każdy autor książki, każdy pisarz swej powieści ma na myśli jakąś osobę lub istotę, do której to dołącza dużo swej fantazji, ażeby upiększyć swą powieść. Czytelnicy czytając taką powieść wprost zachwycają się tym wszystkim zapominając o tym, że prawdy w tym jest bardzo mało, a tylko fantazja dobrego pisarza, któremu zależy ażeby jego książka znalazła uznanie w nakładzie wydawnictwa na całym świecie. Ja natomiast pisząc swój skromny pamiętnik uprzedzam wszystkich czytających, że nie mam zamiaru ani krzty dodawać fantazji, ponieważ nie zależy mi na ocenie publicznej, ani też żeby jak najwięcej było rozpowszechnionych egzemplarzy pośród czytelników. I żeby mógł ktoś zarabiać na mej ciężkiej pracy. Ja mam na myśli, co innego, a szczególnie chodzi mi o to, żeby mój ten skromny pamiętnik nie znalazł się na szerokich łamach książki i prasy, a zachował się tylko w poszanowaniu moich i naszych dzieci, a moi i nasze dzieci przekazały to dla swych córek, synów i wnuków. A to piszę z tego powodu, żeby młodzi wiedzieli, że życie nie jest tak różowe każdego żyjącego, jak przedstawia się w oczach niejednego podrastającego, młodzieńca. Piszę również po to żeby ktoś z tych kiedyś nowych pokoleń wiedział o tym, że żył kiedyś ktoś taki, w czasach ich pradziadków. Że nie mając nawet średniego wykształcenia, a potrafił, choć nieudolnie, ale prawdziwie napisać w kilku słowach swój skromny pamiętnik i przekazać do przeczytania swoim dzieciom i wnukom. Dlatego też drodzy czytelnicy, proszę ja Was na wstępie nie zwracajcie uwagi na mój styl pisania, ani na układ zdań, ani nawet na błędy ortograficzne, bo jak zastrzegłem poprzednio nie piszę to pisarz o wyższych studiach i specjalnym talencie, a pisze tylko szary człowiek, który posiada zaledwie 7 klas szkoły podstawowej. 
Część Pierwsza 

Był to rok 1915, to okres pierwszej wojny światowej, kiedy na około słychać było huk armat po jednej niemieckich, a po drugiej rosyjskich. Właśnie akurat w tym czasie miałem to szczęście przyjść na świat. Urodziłem się z rodziców trudniących się rolnictwem. Wieś, w której żyli rodzice nazywała się i nazywa Jagłowo. Ale jaka była różnica między Jagłowem 1915 roku, a dzisiejszym to opiszę nieco dalej swojego pamiętnika. Kiedy miałem zaledwie parę tygodni, a była zima 1915 roku, właśnie zbliżał się front dwu przeciwników i dwóch wrogów Polski. Niemcy od strony północy to jest wsi Mogilnice, Rosjanie od południowej i tak się składało, że wieś Jagłowo była na samej linii. I dlatego też mieszkańcy wsi Jagłowo zmuszeni byli opuścić swoje domostwa i szukać schronienia po stronie rosyjskiej.
Otóż pewnego mroźnego dnia wyruszyła moja najukochańsza matka z moją starszą siostrą, która miała wtedy 15 lat szukać schronienia u swych bliskich krewnych we wsi Mikcin, położonej od Jagłowa o 17 km. Podróż była na pieszo i bardzo męcząca, bo szły nie tylko same, ale musiały dźwigać zawiniętego w chustki i płachtę człowieka liczącego w tym czasie zaledwie kilka tygodni, a tym człowiekiem byłem właśnie ja. Ile razy upadła ze mną moja matka, czy siostra to za każdym razem stawano i patrzono czy jeszcze żyję. Bóg jednak tak chciał ażebym żył i doczekał sam kiedyś jeszcze drugiej wojny światowej i sam na sobie osobiście odczuł, co znaczą potężni sąsiedzi, a jak słabymi jesteśmy Polacy.
Pierwsza wojna zakończyła się w 1920 roku. Miałem już wtedy 5 lat. Szczegółów przebiegu wojny nie opisuję, ponieważ nie pamiętam, a każdy czytał historię to wie, jakie przejścia Polska miała. Zaraz po wojnie brak było szkół, ponieważ nie było nauczycieli. W zaborze niemieckim jak i rosyjskim nie wolno było uczyć się po polsku. Tylko pod zaborem austriackim były szkoły polskie. I dlatego też zaczęli stopniowo napływać nauczyciele z tak zwanej Galicji w nasze strony. Pierwszym takim nauczycielem był w Jagłowie Kazimierz Bukowczyk. I jemu wyłącznie zawdzięczam, że umiem dzisiaj, chociaż może nieudolnie pisać ten skromny pamiętnik.
Nauczyciel Bukowczyk, to naprawdę był gorliwym nauczycielem, bo poświęcał swoje zdrowie, bo samo za siebie mówi to, że osiadł uczyć w Jagłowie, ponieważ wieś Jagłowo w tym czasie byłą jedyną wsią na Podlasiu, do której nie było drogi, a ze wszystkich stron tylko łąki. A gdy trzeba wyjechać do najbliższego miasteczka Suchowoli, to tylko czółnem jazda i pieszo po bagnie 2 km. I w takich to warunkach nauczyciel Bukowczyk uczył i żył 3 lata. Wyjechał później do lepszych wsi i tam pracował do roku 1943 to jest okres drugiej wojny światowej. Niemcy często robili łapanki na Polaków, a szczególnie ludzi uczonych i właśnie z jednych takich łapanek padł ofiarą Kazimierz Bukowczyk. Został rozstrzelany w getcie żydowskiej wraz z kilkoma innymi kolegami, za to tylko, że był prawdziwym Polakiem i wychowywał przyszłe społeczeństwo. Cześć jego pamięci. 
Po ukończeniu Szkoły Powszechnej w Jagłowie musiałem zostać przy rodzicach i rodzeństwie, a było nas pięcioro, trzech braci i dwie siostry. Pomimo tego, że ja byłem najmłodszy z rodzeństwa i mogli obejść beze mnie na gospodarstwie powinienem był uczyć się dalej, przynajmniej skończyć szkołę średnią. Ale o takich rzeczach to nie można było nawet śnić w Polsce po pierwszej wojnie światowej. Po pierwsze, że w pobliżu nie było takich szkół, a po drugie to należało do wyjątków, ażeby Syn chłopski dostał się w tym czasie do szkoły średniej, a nie mówiąc o szkole wyższej. Z całej Suchowolskiej gminy to można było liczyć na palcach jednej ręki takich, którzy studiowali. Nazwiska ich znam wszystkich: Bielski z Morgów wybił się na inżyniera, zginął za Niemców w drugiej wojnie światowej, Szubzda z Czerwonki, Klejno z Chodorówki, Szubzda z Chodorówki i Ratkiewicz z Ciemnego, wszyscy oni jeszcze żyją i są kapłanami, kilku z nich jest za granicą po stronie rosyjskiej. Ale trzeba czytelnikom pamiętać, że w tym czasie wyuczyć się na księdza lub na inżyniera to trzeba było mieć kogoś w Ameryce dość bogatego, który pomagał finansować. Bo z najlepszego gospodarstwa, to o tym mowy nie było. A dzisiaj nie ma może wsi w Polsce, żeby nie było z tej wsi, gdzieś lekarza, profesora, inżyniera lub wysokich urzędników. Jako przykład niech posłuży wieś sąsiednia Karpowicze, która potrafiła wysłać w świat trzech księży. Dla udokumentowania podaję ich nazwiska: Kaczorowski Kazimierz, rodak z Jagłowa, Głowicki Czesław i Gręś Czesław. O ile znam ich rodziców, to są średnio zamożni i potrafili wyuczyć swoich synów własnym kosztem bez pomocy z zagranicy. Taka, więc różnica jest pomiędzy rokiem 1925, a 1950 w sprawie kształcenia się młodzieży. A więc jak widać z powyższego, że nie było nawet można marzyć dla mnie żebym w tamtych czasach mógł się uczyć dalej. Więc musiałem zostać w domu przy rodzicach i tak przeżyć do 1936 roku, do chwili pójścia do wojska.
Życie moje od czternastego do dwudziestego specjalnych wrażeń nie zostawiło, ażeby można było szeroko rozpisywać. Pomagałem przy pracy na gospodarstwie. Chcę tylko przypomnieć, jaka była różnica w pracy na gospodarce w latach 1930, a dzisiaj. Jak przypominam sobie to mój ojciec śp. orał wołami i w dodatku sochą. Zanim nauczył woły chodzić w sosie, to brał dwóch synów starszych do pomocy i tak całymi dniami musieli we trzech orać. Koszono zboże wyjątkowo kosą, a przeważnie żęto sierpami. Młócono zboże cepami. Młócić to już ja brałem udział w tej pracy. Okres młócenia trwał od początku listopada do końca grudnia. Młócono przeważnie w nocy to jest od godz. 2-giej do 7-mej rano, a przyrównajmy dzisiaj. Wołów nie spotykamy nigdzie, socha, sierp i cep to wisi na pamiątkę, jako przedmiot muzealny. Zamiast ryku wołów to słychać często warkot traktoru. Kosa na polu pojawia się wyjątkowo, łomoczą żniwiarki i snopowiązałki. A zamiast stukania cepowego, to warczą szerokomłotki, huczą motory i damfy. Co należy dodać, że ludzie w przeszłości tak jak widać z powyższego ciężko pracowali, słabo się odżywiali i długo żyli. Post przed Wielkanocą – pościli 7 tygodni. Nie tylko, że nie jedzono mięsa, ale i mleka nie wolno i było. Mój ojciec śp. zmarł 9 lipca 1950 roku, przeżywszy lat 83, a w okresie wielkiego postu nawet mleka nie używał. Już jak pisząc o pracy na gospodarce, należy wspomnieć, w jakim położeniu żyła wszystka ludność ze wsi Jagłowo.
Wieś Jagłowo jak wspomniałem na wstępie to może była jedyną wsią na całym Podlasiu, bo tylko na Polesiu podobne były wsie. W tym czasie tj. jakiś rok 1926 nie było żadnej drogi do Jagłowa latem. Jeżeli chciano jechać do Augustowa, to trzeba było w czółnach wywieźć wóz do Dębowa rzeką, konie przeprowadzić wpław i tam dopiero założyć konie i jechać do Augustowa. Z powrotem ta sama historia i co gorsza, że trzeba było wracać pod prąd wody. A dopiero w roku 1930 mieszkańcy Jagłowa pobudowali drogę własnymi siłami do Dębowa, co było połączeniem ze światem. Ciężka to była praca przy budowie takiej drogi. W tym czasie nie znano żadnych maszyn, co wyręczałyby pracę ręczną lub konną. A więc najlepsza maszyna do kopania to szpadel, a dostawa piachu to środki transportu wóz żelazny, na którym woziło się 0,5 m3 piachu. Jednak pomimo ciężkiej i żmudnej pracy, ofiarni i pracowici Jagłowianie, taki to sposobem pobudowali 2 km drogi oraz 3 mosty. Jeden most główny na rzece Biebrzy i dwa mosty mniejsze na starych rzekach. Co może jest rzeczą najdziwniejszą dzisiaj, a w latach przedwojennym istotnym. Chodzi tu o to, jak wspomniałem wyżej, że takie ciężkie warunki mieli mieszkańcy Jagłowa z dojazdem do pobliskich wsi, nie mówiąc o mieście, ponieważ nie mieli żadnej drogi. A kiedy pobudowali drogę własnymi siłami, to zamiast państwo pójść z pomocą, to jeszcze nakładano podatek drogowy. Na pewno czytelnicy zapytają, z jakiego powodu? Niestety tak było. Mogą potwierdzić jeszcze ci sami, którzy płacili ten podatek i jeszcze dzisiaj żyją. Dzisiaj i jutro, kto będzie czytał tą książeczkę na pewno zada sobie pytanie:, dlaczego tak było? Co to i jacy tam żyli ludzie? Może nie umieli pisać, że nie ubiegali się o swoje. Chcę Wam śmiało stwierdzić kochani czytelnicy, że jak umieli ci ludzie budować, to i mieli pomysł ubiegać się o swoje. Mało, że pisali do powiatu, ale nawet delegację wysłano do Starostwa w Sokółce na pieszo, bo w tym czasie nie znano samochodów osobowych. Taka, więc delegacja była w podróży 6 dni i wracała z niczym. Bo w tym czasie było dojść do starosty niemożliwością, a takie sprawy to załatwiał wysoki urzędnik, który z pogardą patrzył na wieśniaka. Jednym słowem to były czasy nie do porównania z dzisiejszymi. Dzisiaj każdy jeden poszkodowany dojdzie tam, gdzie uważa za słuszne. To trzeba przyznać, że i dzisiaj nie zawsze poszkodowany wygrywa. Ale przynajmniej dostanie odpowiedź pisemną, pozytywną lub negatywną. To tyle w skrócie, w streszczeniu, co do wsi Jagłowa. Wracam do swoich własnych przeżyć. 

Był to rok 1936, kiedy to na komisji poborowej w Sokółce w dniu 16 maja zostałem przyjęty do służby wojskowej do kawalerii. Trzeba przyznać, że służba w kawalerii lub artylerii to było coś lepszego od piechoty, czy innej broni. Zawsze to się jechało na koniu, a nie chodziło się pieszo. Ułan kawalerzysta, to miał płaszcz długi, buty z ostrogami, szabla przy boku i to wszystko właśnie zdobiło ułana, jak przyjechał na urlop do rodziny. Nadszedł dzień 2 listopada 1936 roku, kiedy trzeba było pożegnać rodzinę, wieś i wszystko, a jechać do Wilna, czwarty pułk ułanów zaniemeńskich, siódmy szwadron pionierów. Pamiętam jak dzisiaj, kiedy w tym dniu wyjeżdżało nas dwóch do wojska ze wsi. Szkiłądź Janek do Wołkowyska, ja zaś do Wilna. Jeden kierunek i w jednym dniu. Trudno opisać wszystkiego, co się działo w tym dniu i co się myślało. Pamiętam i pisze, co było mi wtedy najważniejsze i co mi utrwaliło się w pamięci. Był to zwyczaj wtedy, gdy ktoś wyjeżdżał do wojska, to okazywano dużo współczucia dla rodziny wyjeżdżającego, na dowód tego odprowadzano takiego poborowego za wieś i tam się właśnie z nim żegnano. Życzono mu szczęśliwego powrotu. No, więc i ja nie byłem gorszy od innych, jak również mój kolega. A że to było jeszcze święto 2 listopada, a więc frekwencja tym bardziej dopisała. Kiedy nas odprowadzano do mostu na rzece Biebrzy i tam właśnie nastąpiło pożegnanie. Przy pożegnaniu jak zwykle trochę płaczu. Płakała rzewnie moja mama, zapłakał ojciec, bracia, nie żałowała łez siostra jedna i druga. Dla nich to wszystko pasowało i nikogo to nie dziwiło, bo tak jest i było przyjęte. Jednak przy tym pożegnaniu była taka osoba stojąca w młodzieży, że może najwięcej w sercu przeżywała, ale nie mogła okazać publicznie tego. Ta osoba to była ta, która dzisiaj i jutro dzieli i będzie dzielić losy naszego wspólnego małżeństwa. Przygnam się szczerze, ze nie tylko ona przeżywała wtedy, ale i ja również nie mniej od niej, no tak jest na świecie. Po pożegnaniu się z wszystkimi, ruszyliśmy furmanką do najbliższej stacji Nowokamienna. Wiózł nas wtedy mój starszy brat Stanisław. Podróż odbywała się wieczorem. Jadąc myślało się o wszystkim, szkoda było bardzo rodziców, rodzeństwa, ale oni wszyscy mieli swoich opiekunów, szkoda najwięcej było jednej osoby tej, która zostawała bez opiekuna i jeszcze nie wypadało jej płakać. Kiedy wsiadłem do pociągu i pożegnałem się z bratem, począł człowiek myśleć o wojsku.
Pożegnanie minęło, jakie będzie spotkanie? Spotkano nas jak gości ze sztandarem, muzyka to jest orkiestra, zaprowadzono nas do koszar. Tam rozpoczęło się nowe życie. Nie było czasu myśleć, co było w cywilu, zdawało się nieraz, że człowiek tego nie przeżyje. Ale z biegiem czasu się przyzwyczaiło do wojska i zaczęło myśleć częściej o rodzinie, a nawet o tej, która w skrytości cierpiała. Przyszedł okres Świąt Wielkanocnych, jechało się na urlop, ale już z myślą trochę inną. Nasuwała się myśl – czy wszyscy spotkają tak czule jak żegnali, czas robi swoje. Jednak specjalnych zmian nie dało się zauważyć we wsi, za wyjątkiem kilku starszych osób, którzy pomarli. Przez cały czas swej służby w wojsku pięć razy byłem na urlopie. Było różnie źle i dobrze. Wilna nie zapomnę nigdy i chciałbym jeszcze raz w życiu być w Wilnie. Najlepiej utrwaliło mi się w pamięci obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, gdzie przyjeżdżały z całej Polski wycieczki. Obraz Matki Boskiej umieszczony był i jest nad bramą przy ulicy Ostrobramskiej. W tym miejscu żaden pojazd nie miał prawa jechać. A każdy przechodzień bez różnicy na wiarę, czy to był wierzący, czy nie, musiał przejść z odkrytą głową w tym miejscu. Dzień i noc stał policjant i pilnował porządku. Wilno również miało największy więzień wojskowy w Polsce, który nazywał się Antokol.
Po powrocie z wojska 15 sierpnia 1938 roku znowu podobnym trybem prowadziło się życie jak przed wojskiem, jedna trochę różnica była ta, że człowiek zobaczył światu i ludzie jak żyją, zaczął myśleć o czymś podobnym.
Przyszedł jednak rok 1939, 18 sierpnia i przekreślił wszystko. Co to był 18 sierpień, to był pierwszy zwiastun bliskiej wojny z Niemcami. W tym dniu zostały powołane dwa roczniki 1914 i 1915 na bezterminowe ćwiczenia. Bezterminowe ćwiczenie znaczyło to, że mogli nas zwolnić po kilku dniach próbnych ćwiczeń, a należało się spodziewać, że nigdy nie zwolnią. I tak też było. Wcielony do rezerwy 1 pułku ułanów Krechowieckich w Augustowie tam też zostałem wezwany. Po umundurowaniu nas zostałem przydzielony do 1 szwadronu, dowódcą był rotmistrz Minejko. Sam wygląd i nazwisko wskazywało na Niemca, ale o tym nieco później. Po umundurowaniu nas w dniu 19 sierpnia 1939 r. wyjechaliśmy na manewry do wsi Kolnica, położonej 9 km od Augustowa. Zakwaterowano nas u gospodarza Klimki, bardzo uprzejmego i gościnnego. I tam przebywaliśmy do dnia 23 sierpnia, nigdzie nie wyjeżdżając. Świadczyło to, że czegoś się spodziewano. Kiedy to dnia 23 sierpnia godz. 11-ta w nocy spokojnie siedzieliśmy przy stole, a na stole pół litra czystej, w osobach podporucznik rezerwy, plutonowy Chedyński, gospodarz Klimko i ja razem. Nie ma tego złego żeby na dobre nie wyszło, a w tym to wieczorze odwrotnie było, dobrze i przyjemnie, a zakończyło się bardzo smutno. A mianowicie: przybiega służbowy podoficer do porucznika naszego współbiesiadnika, oznajmiając alarm i to taki zapewniający, że z powrotem tu nie wrócimy. Należało, więc podziękować gościnnemu gospodarzowi za napój i sadzone jaja, a siodłać konie i jechać na plac zbiorczy tj. koło gospodarza Dawidejki na krańcu wsi Kolnica. Tam to widać było, że to był alarm próbny, wszyscy oficerowie byli w nerwowym pośpiechu, ponieważ więcej wiedzieli od nas wszystkich. Kiedy przyjechaliśmy do Augustowa, to tam naprawdę czuć było bliską wojnę. Szosa zapełniona była wojskiem we trzy rzędy. Nie tylko pułk z Augustowa, ale cała brygada suwalska. Konie rozjuczyliśmy w stajni, sami udaliśmy się do koszar na spanie. Niestety żaden z ułanów nie spał. Ciągle dzwonił telefon. Służbowy biegał, co raz do porucznika z meldunkiem. O godz. 3-ciej rano w dniu 24 sierpnia zarządzono pobudkę, pomimo, że nikt z nas nie spał. Zaprowadzono nas do stajni czyścić i karmić konie. Lecz już nie było czyszczenia koni, a tylko karmienie. Po nakarmieniu maszerujemy do koszar. W koszarach zbiórka na sali dużej. Przychodzi dowódca szwadronu rotmistrz Minejko i mówi głosem nieco drgającym. Ułani w dniu dzisiejszym ogłoszona mobilizacja, ale od mobilizacji do wojny jest daleko. A chociażby doszło do wojny, to jesteśmy pewni, że nie oddamy ani piędzi ziemi polskiej, ani nawet guzika od mundura. Pytanie - czy jesteście żołnierz gotowi bronić ojczyzny - tak jest panie rotmistrzu, choćby nam przyszło zginąć. W związku z tym, że została ogłoszona mobilizacja, powiedział rotmistrz Minejko; rozkazuję wszystkim rezerwistom zdjąć włosy na zero. Jeszcze jeden rozkaz rotmistrza - rezerwiści, którzy pełnili służbę czynną w pionierach wystąp. Do tych należałem ja. Po wystąpieniu i spisaniu naszych nazwisk, odprowadzono nas do 11 szwadronu pionierów, w celu przydzielenia nam funkcji i fasowania nam sprzętu i przyborów potrzebnych na wojnie. 
Wszystko fasowało się jakoś spokojnie. Trochę było gorzej w przyjęciu tak zwanych szkaplerzy aluminiowych, tj. maleńkie aluminiowe pudełeczko, do którego wkładało się karteczkę z dokładnym adresem żołnierza i zawieszało się ze sznurkiem na szyji. Chyba czytelnicy się domyślają, po co. Ale niezależnie od tego wyjaśniam dla młodych: to było po to zawieszane, żeby na wypadek śmierci lub ciężkiego poranienia można było ustalić, kto to był faktycznie i w razie możności powiadomić rodzinę. Z bólem serca chcę stwierdzić, że jak się okazało później to było wszystko zbędne. Bo kto z Polaków zginął, to już nie było czasu na pogrzebanie i notowanie przez władze wojskowe. Grzebali tylko cywile, a im nie zależało na nazwisku, a tylko ażeby zakopać do ziemi i przez to nie dopuścić do jakiś chorób zakaźnych. Trudno - na wojnie tak było, jest i będzie.
Po załatwieniu wszystkich spraw związanych z umundurowaniem i uzbrojeniem zostałem przydzielony do kolumny taboru konnego. Wybraliśmy sobie konie i już byliśmy gotowi jechać tam, gdzie nas będą prowadzić. W tym to dniu masowo zaczęli przybywać nowi rezerwiści. Każdy o smutnym obliczu. Każdy porzucił kogoś bliskiego w domu; matkę, ojca, braci lub siostry. Najgorzej było wyjeżdżać tym, którzy żegnali młode żony i maleńkie dzieci. My natomiast byliśmy szczęśliwi, że powołano nas wcześniej, jeszcze nie było oficjalnej mobilizacji. Dlatego też było mniej płaczu i żalu przy naszym wyjeździe. A więc kiedy przybywali znajomi z naszych stron opowiadali nam, jakie mieli pożegnanie. My tylko śmieliśmy się, bo to wszystko było poza nami. Niezależnie od tego, to wszystko przyznam się nie było i nam do przyjemności. Bo każdy z nas porzucił kogoś w domu i napewno w tym dniu to samo przeżywali nasi najbliżsi.
Na drugi dzień, to jest 25 sierpnia zaczęli zjeżdżać gospodarze z powiatu augustowskiego dostarczając na plac pułkowy konie zmobilizowane i wozy do taboru. Jakie więc to były wozy i uprząż? Na 300 dostarczonych wozów zaledwie wybraliśmy 81, które to chwilowo nadawały się do jazdy, reszta bez obręczy, szprych itp. takie to było podejście gospodarzy do obrony kraju. Po zaopatrzeniu nas w żywność i zastrzyki przeciwko chorobom zakaźnym przyszedł dzień i rozkaz wyjazdu z koszar, gdzie i dokąd to nie wiadomo, kierunek Suwałki. Przy wyjeździe z koszar nowy obrazek pożegnalny. Żony oficerów i podoficerów rzucały się na szyję swych mężów przeczuwając, że niejedna z nich nie ujrzy więcej. Tak też i się stało, że mało, który z oficerów wrócił do swej żony. Zginęli nie na froncie to w niewoli, bo oficerów nie szczędzono.
Może najsmutniejszy wyjeżdżał p. pułk Litewski? (tak się nazywał). Ten to właśnie p. pułk zginął pierwszy, kiedy jeszcze nie było blisko Niemców. A było to tak. Kiedy to brygada suwalska posuwała się na wschód, ażeby połączyć się z brygadą grodzieńską, a było to w nocy, kompania 81 pułku piechoty z Grodna nie rozpoznając w lesie, że to polski oddział, z tą myślą, że to Niemcy dostali rozkaz ognia. I tam pierwszy padł podpułkownik Litewski. Dobry był dowódca, cześć jego pamięci. Tak to bywa na wojnie, słabe rozpoznanie w terenie może pociągnąć ofiary.
Wracam, więc do wyjazdu z Augustowa. Niedaleko odjechaliśmy, bo zaledwie do Szczebry Olszanki i tam to zatrzymaliśmy się na osiem dni.

środa, 23 marca 2011

Rzeka Orzyc. 20 marca 2011

Witam was po raz wtóry na mojej relacji z kajaka
Swoje relacje z pływania kajakiem powinienem pisać od razu po powrocie albo jeszcze w ich trakcie. No tak, ale jak tu zamienić wiosło na pióro lub klawiaturę komputera. Nie da się.
Trudno, wówczas myśli ulatują w niebyt, lub jeśli jednak powtórnie je uchwycę, mocuję mocno na ekranie komputera. Niestety czasem zmęczenie i brak weny twórczej na to nie pozwala
Dobrym i zarazem niebezpiecznym wynalazcą byłby ten, kto wymyśliłby urządzenie, które automatycznie i na bieżąco przeleje nasze myśli na ekran współczesnych mediów. Tymczasem sam z mozołem muszę sobie przypominać i wklepywać literka po literce, co żem przemyśliwał podczas kolejnej wyprawy kajakowej.
Tą razą wziąłem Ci ja na warsztat rzekę Orzyc. Rzeka Orzyc jest nizinną rzeką północnego Mazowsza, która swoje źródła bierze w okolicach Mławy, aby meandrując wśród tamtejszych łąk, pól i lasów wlać się swemi wody do Narwi.

Jak wiele nazw z tej części Mazowsza rzeka Orzyc ma swoje bliźniacze lub podobne odbicie po tamtej stronie, brzega Narwi. Mam tu na myśli rzekę Orz, która również wraz ze swym biegiem wpada do tej samej Narwi. Dla mnie mają jeszcze jeden wspólny wymiar, a mianowicie nad jej obydwoma brzegami zamieszkiwali moi przodkowie.
Gdy więc spływałem Orzycem, oprócz ciekawości przyświecał mi jeszcze i ten cel żeby poznać i zobaczyć tą krainę, jako i moi przodkowie widzieli. Pogoda była akuratna jak na ten rodzaj rzeki. 20 marzec (luty?) ok. 5 stopni Celsjusza. 

Chorzele. Widok na kościół od strony rzeki
Zapytacie, dlaczego? Ano powodów jest kilka. Rzeka ta podobno ostatnimi laty nie obfitowała w zbyt wiele wody, a wiosenne roztopy dały mi pewność, że obecnie mi jej nie zabraknie. Tak zwane regulacje rzeki w postaci śluz, jazów i spustów wodnych stanowiły na odcinku, który wybrałem mniejszy problem. Kolejnym być może błahym powodem jest jej położenie wśród płaskich jak stół terenów płn. Mazowsza, pośród łąk i pól z rzadka porośniętym drzewami brzegami. Latem musi być tu jak na patelni, co sprzyja nagości, tą z kolei skwapliwe wykorzystują wszelcy polni krwiopijcy w postaci gzów, ślepaków, wszelkiej maści much i muszek na komarach kończąc.
Tą torturę zostawię sobie na wiosłowanie we dwójkę tymczasem rozkoszując się nurtem i widokami, jakich prawie nic z poziomu wody mi nie przesłania popłynąłem sam.
Zanim podjąłem rekonesans i przygotowania logistyczne plan mój zakładał, że spłynę z miejscowości Chorzele do Krasnosielca, czyli ok 40 km. Marcowa pogoda jednak była kapryśna i do końca nie chciała mnie upewnić, że powinienem zwodować. Spływ przełożyłem z soboty na niedzielę 20 marca, kiedy mnie słońca promienie nieco przekonały. 
















Z tą pogodą bywało dziwacznie. Gdy jechałem nad rzekę słońce jakby się ze mnie naigrywało, spoglądając spoza chmur czy już na wodzie jestem. W swojej złośliwości pytając ze zdziwieniem - To Ty jeszcze nie na wodzie!? Gdy faktycznie znalazłem się w kajaku i na wodzie wówczas obruszone dało mi do zrozumienia, że czekało wystarczająco długo i nie ma zamiaru bez końca mi tu nad głową świecić. Tak obrażeni na siebie ignorowaliśmy się niemal do samego końca.
Dobrą wróżbą na dzień był wróbli koncert, jaki mnie przywitał, gdy o świcie ładowałem na samochód kajak. Potem rodzinka w Wójtowie sprowadziła mnie
na manowce-tzn.na kawę. Kawa przed podróżą dobra rzecz a i rozmowa składniej idzie, więc uległem, co opóźniło mój wyjazd, a do pokonania miałem trochę kilometrów i wciąż brak pewności odnośnie pogody i ostatecznego miejsca startu.
Jak pisałem wcześniej myślałem o starcie z Chorzel, ale logistyka zapewniająca sprawny powrót troszkę więcej czasu zajęła. Ostatecznie stwierdziłem, że skoro rzeki i przeszkód na niej do końca nie znam lepiej skrócić dystans pozostawiając jej całościowe poznanie na inne czasy.
Kolega z pracy, Jacek pomógł mi zdjąć kajak na wysokości miejscowości Jednorożec. Gdy już byłem w kajaku szczelnie opięty i zapięty tak jak lubię, machnąłem raz czy dwa wiosłem i dałem się ponieść.
Powoli oddalając się od mostka i szumu drogi, pod którym zwodowałem. Już na wodzie im dalej rzeka w głąb łąk się wpijała uderzyła mnie wręcz nienaturalna cisza. Uznałem, że w ten sposób mój słuch się z naturą i otoczeniem zestrajał, popłynąłem dalej niemal prostymi odcinkami.
Rzeka gdyby nie jej otoczenie wydawałaby się nudna i leniwa o tej porze roku. Tą pozorną nudę przerywały, co raz odgłosy i głosy zrywających się ptaków, od żurawi poczynając a na kaczkach i gęsiach kończąc.
Brak szczególnych i bliskich punktów odniesienia powoduje, że trudno mi tu jej bieg w przestrzeni opisać. Widać było, że rzeka nieco wystąpiła ze swego koryta tworząc pozory "dwupasmówki" dla kajaków płynących w górę i dół rzeki. Od czasów Napoleona obowiązuje u nas ruch prawostronny na złość Anglosasom.




Trudno w to uwierzyć, ale jakoś tłoku na tej drodze nie widziałem ;-) Mobilki rzeczka czysta i przejrzysta - chciałoby się powiedzieć.
Wypływając już za Jednorożec w stronę Drążdżewa po prawej stronie obserwowałem gęściej i bliżej rzeki porośnięte pagórki, które zdawać by się mogły śladami po średniowiecznych albo jeszcze wcześniejszych grodziskach. I wcale chyba daleki od prawdy nie byłem gdyż ludzie od dawien dawna takie miejsca kępami lub grądami nazywając wykorzystywali.



Nigdy nie byłem na tzw. "Polskiej Kępie" koło Drążdżewa jednak znam z relacji regionalistów tutejszą historię powstańczych potyczek i bitew z 1863 roku. Rozpoznałem to miejsce po krzyżu o nieproporcjonalnie szerokiej belce poprzecznej, jak mi się z wody wydawało, którego ramiona próbowały objąć swoim zasięgiem jak najwięcej. Szerzej o tych wydarzeniach poczytać możecie na str 6 tego linku, Krasnosielckich Zeszytów Historycznych.



Wcale się nie dziwię, że powstańcy to miejsce na odpoczynek i obronę wybrali. Wzgórze podobnie jak i dziś porośnięte drzewami dawało schronienie. Otwarte, podmokłe, otaczające pola, które w ten czas błotami i mokradłami były oraz rzeka chroniły przed zaskoczeniem wrogiem, przeszkodami, których i dziś w taką pogodę nikt nie lubi a zima i przedwiośnie 1863 roku były mokre i dżdżyste. Zainteresowanych odsyłam ponownie do Wieści znad Orzyca.
Minąwszy to miejsce upamiętnione wydarzeniami, w których być może i moi przodkowie czynnie udział brali natknąłem się na nowe zgrupowanie w pełnej mobilizacji.



Były to setki, jeśli nie tysiące gęsi, które to miejsce obrały sobie na odpoczynek. Z początku ich nie rozpoznałem gdyż stały w bezruchu w swoim ochronnym upierzeniu dopiero jak się gromadnie zerwały mogłem ocenić ich skalę i ilość. Niebo pod ich skrzydłami pociemniało jeszcze bardziej. Poruszały się jak wzburzona morska fala uniesiona do nieba. Gęsi formując się sobie tylko znanym kluczem zataczały łuk lądując kilkaset metrów dalej od koryta rzeki.
Pozostawiwszy mnie samego na wodzie jak i osamotnione drzewa gdzieś rosnące pojedynczo na pustej obecnie łące. Gdyby nie zrobione zdjęcia trudno by mi było ogarnąć w pamięci to obecnie w całość































Dopływam do Drążdżewa którego nazwa nieodzownie związana jest także z wodami tej rzeki. Wywodzi się od staropolskiego określenia drążdż czyli miejsca w którym naniesione nurtem rzeki trzciny, gałęzie tworzą grubą warstwę, zastój w rozlewisku rzeki ułatwiając przejście po nim niemal jak po mostku.
Nigdy od strony rzeki nie widziałem Drążdżewa ale z dala rozpoznałem miejscowość po wyróżniającym się domu Państwa Borkowskich. Dopływam do mostka i widzę oznakowania. Wiem że gdzieś w pobliżu czeka mnie przeszkoda. Domostwa od strony rzeki mają troszkę innych jakby gorszy wizerunek. Te od strony drogi są odremontowane i zadbane a od rzeki wciąż czekają na remont albo wiosenną zieleń która cały ten brud skryje.
Dalej rzeczka robi się ciekawsza prowadząc swe koryto w pobliżu siedzib ludzkich co słychać, niestety widać i czuć. W zasięgu wzroku i w wodzie widać coraz więcej drzew. To miedzy innymi ślady zimowej działalności bobrów. W okolicach miejscowości Przytuły widać wyraźnie że rzeka podniosła się rozpościerając swoje rozlewiska na okoliczne łąki. Tam gdzie rzeka jest żywa lodu i śniegu już nie ma, natomiast na stojącej wodzie zalega jeszcze dość gruba warstwa lodu który nie ustępuje łatwo.
W ten sposób dopływam powoli do Krasnosielca na początku witają mnie wędkarze i otwarte stawidła na śluzie co pozwala mi pod nimi przepłynąć. czyli Krasnosielc wita otwartymi ... stawidłami.
Niestety tutaj też urok rzeki przyćmiewają sterty śmieci wyrzucone przez "gospodarzy" do rzeki. Może by tego nie  robili gdyby mieli świadomość że plastikowe, wszelkiej maści opakowania, torebki, butelki rozkładać się będą od 450 do 800 lat. Zrobiłbym więcej zdjęć ale nie chcę fotografować śmieci. Teraz słonko rozświeciło się na całego. Na mostku obok "starego" Św. Nepomucena kończę spływ. Krasnosielc to dziś miejscowość z siedzibą gminy która krótko przed powstaniami miała prawa miejskie. W pobliskim Grabowie urodził się mój Tato i jego przodkowie po kądzieli Żebrowscy a w pobliskiej okolicy także Krupińscy, Taborscy, Bukowscy, Dembińscy, Grabowscy, Gutowscy, Niesiobędzcy, Graczyk.
Tuż obok mostu na Orzycu w Krasnosielcu znajduje się stary cmentarz, dziś upamiętniony jedynie kapliczką z czerwonej cegły. W ostatnim czasie z inicjatywy mieszkańców znacznie poprawiono jego wygląd porządkując otoczenie, stawiając nowe ogrodzenie z kowalską, kamieniarską i murarską robotą. Krasnosielc zresztą zakładami kowalstwa artystycznego stoi co widać przy głównych drogach w okolicy.
Żegnam się z rzeką i nie wnikając w wiele szczegółów technicznych wracam inną drogą wzdłuż rzeki do Olsztyna. Jak zawsze pozostaje niedosyt i obietnica sobie dana że jeszcze tu wrócę i mam nadzieję że Ciebie drogi czytelniku nie zanudzę. Do zobaczenia "W drodze do ..."









wtorek, 22 marca 2011

"Drzewo Genealogiczne" Jacka Kaczmarskiego

Nikt tak pięknie nie wyśpiewał swego drzewa genealogicznego wplecionego w historię Polski, jak Jacek Kaczmarski w piosence "Drzewo genealogiczne". Być może tajemnica jego tekstów tkwi w polskim malarstwie. Jak sam opowiadał, inspiracją były konkretne obrazy. Obrazy polskich malarzy, obrazy upamiętniające najważniejsze wydarzenia z historii Polski, które potem On sam tak pięknie potrafił wymalować w tekstach piosenek. Nigdy na żywo nie słyszałem jego wykonań ale te, które słyszałem w wykonaniu mego kolegi ze szkolnej ławy, Darka Sańki były niemniej emocjonujące i wciąż brzmią mi w pamięci. (To ten brodacz z medalikiem na piersi którego zdjęcie i grób przemknęło w okienku po prawej. Wówczas już ksiądz Darek Sańko.patrz też post  "Bierność i Życie")
Piosenkami Jacka Kaczmarskiego można było zilustrować ciekawie materiały na niejedną lekcje historii Polski, co też kiedyś czyniliśmy gdy w szkole całej prawdy o niej jeszcze nie mówiono.
I mimo że moi pradziadowie także byli raczej aktorami drugiego planu w głównym nurcie zdarzeń, nie zawsze stanowili dobry przykład dla następnych pokoleń, polecam wam pro publico bono wsłuchanie się w pieśń naszego polskiego barda, którego życie jak i historia równie mocno doświadczyły co losy naszego kraju.

Pamiętaj że najpierw trzeba na samym dole wyłączyć podkład muzyczny!



Rodowód mój nie sięga bursztynowych szlaków,
Mój praszczur się nie najadł na ciele Popiela,
I kiedy nie od razu budowano Kraków
Zabrakło także mojej krwi przedstawiciela.

Czy byli pod Grunwaldem - milczą kronikarze,
Jeżeli wzięli Moskwę - to ich tam zjedzono.
Brakuje mi pradziadów w głównym nurcie zdarzeń
Bym mógł ich dać za przykład pro publico bono.

Za to jacyś przodkowie (widzę po swych ustach,
Których krój Epikura psuje wstyd nieszczery)
Musieli czuć się dobrze przy Saskich Augustach
I z Ciołkiem zwiedzać chętnie ogrody Wenery.

A ponoć moim krewnym był żołnierz-poeta
Co za Kościuszki szyj chciał biskupów, magnatów;
Ach czyżbym po nim przejął jakobiński nietakt
I czci brak dla błękitnej krwi i purpuratów?

Nie słychać o mym rodzie w Noc Listopadową
I nie zasilał chyba styczniowych patroli,
Z Syberii żaden z moich z posiwiałą głową
Nie wracał, by napisać księgę swych niedoli.

Za to jakiś zmarznięty francuski gwardzista
Miło ogrzał się w jednym z litewskich powiatów,
A znów Tatar Potockich czarnym okiem błyskał
Do stołecznej działaczki "Proletaryatu".

Najświeższe drzewa rodu mojego gałązki
Spłonęły za murami w getcie i w Powstaniu,
Lub w powojennym gruncie przyjęły się grząskim
I wypuściły pączek - o nim w jednym zdaniu:

Chodziłem do kościoła - oglądać witraże,
W komunistycznej szkole miałem same piątki,
Od dziecka byłem głodny podróży i wrażeń
Nieświadom, że to złego miłe są początki.

Nie mam blizn po kajdankach, napletek posiadam,
Na świat przyszedłem w czepku, nie pod ułańskim czakiem;
Po dekadzie wygnania - polskim jeszcze władam,
Proszę więc o dokument, że jestem Polakiem.

Nie ma blizn po kajdankach, napletek posiada,
Na świat ten przyszedł w czepku, nie pod ułańskim czakiem;
Po dekadzie wygnania - polskim jeszcze włada,
Prosi nas (!) o dokument, że jest Polakiem!

Jacek Kaczmarski
11.1.1993

poniedziałek, 14 marca 2011

Kajak. Sezon 2011 rozpoczęty

Dziś was nie będę męczył genealogią, ponieważ rozpocząłem sezon kajakowy. Pływanie kajakiem jest już chyba moją kolejną pasją, więc dlaczego nie podzielić się nią z wami.
Sezon kajakowy właściwie rozpocząłem już wcześniej planując spełnienie małego marzenia o pływaniu kajakiem, kiedy tylko zechce i gdzie zechce. Pierwszą fazę wprowadzania tego planu w czyn zacząłem wiele lat temu przeprowadzając się do Olsztyna. W końcu Warmia i Mazury to kraina tysiąca jezior i rzek. Jest w tym prawda i niedoszacowanie, ale kto by tam teraz liczył. A rzeka Łyna płynie mi tuż pod oknem na olsztyńskiej starówce i kusi. 
Nie odpuszczam okazji poznania rzeki, jeśli tylko nadaje się na spływ. Takich okazji wspólnie ze mną doświadczyło wielu z różnym przygodami.


Mamy nowy rok kajakowy 2011. Tegoroczna zima dała się wszystkim we znaki i długo trzymała wszystko  mrozem. Jak długo można wytrzymać to jeszcze!? Tak sobie myślałem robiąc rekonesanse z brzegów rzek, zapominając nieco o jeziorach, co potem okazało się błędem.


Mróz, co rusz przypominał o swojej obecności hojnie obsypując Warmię diamentowym pyłem. Tak, tak "diamentowym pyłem", bo tak nazywa się to ciekawe zjawisko atmosferyczne. W środowisku dużej wilgotności, jaka panuje szczególnie na Warmii i Mazurach kropelki pary unoszące się w atmosferze zamieniane są przez mróz w opadający "diamentowy pył". Wydawać by się mogło, cóż w tym dziwnego, przecież śnieg też pada? Tak może mówić tylko ten, kto nie widział tego na własne oczy np. w jasny, słoneczny, mroźny, dzień, gdy na niebie nie ma żadnej chmurki. 


Namiastkę tego można zobaczyć na skrzącej się w taki dzień powierzchni śniegu. Panie tego dnia mogą spełnić swe marzenia będąc obsypane diamentami. Brrrr, ale dość już tej zimy. A sioo.


Jednak ten weekend (12-13 marzec) wydawał się pierwszą oznaką nadchodzącej wiosny. Wypatrywałem śladów budzącego się życia. Słońce ciepło tuliło każdą powierzchnię wystawioną na jego działanie. Płynąc kajakiem Pisą Warmińską z Barczewa do miejsca połączenia z Łyną w Dywitach słyszałem odgłosy żurawi, a także innych przebudzonych słońca promieniami ptaków. W powietrzu czuć było wiosnę, którą jakby dla doprawienia "smaku" zaostrzał snujący się zapach pierwszych wiosennych ognisk, ba nawet grillów. Każdy rozsądny człowiek w taką pogodę chowa futra do szafy. Podobnie chyba zrozumiały to bobry pozostawiając opuszczone ślady zimowego żerowania. One także uznały, że swoje futro należy pilnie ukryć gdzieś głęboko w norach nabrzeżnych szuwarów i żeremi. Drzewa przez nie obgryzione były dość świeże, te zwalone wcześniej chyba były już niestrawne. I pomyśleć, że zaraz po wojnie groziło im wyginięcie. Obecnie nie ma chyba rzeczki gdzie by nie próbowały swoich budowli hydrologicznych, skoro człowiek zostawił ten rodzaj gospodarki odłogiem.



Choć nurt na rzece bywał całkiem żwawy niosąc kajakiem od brzega do brzega płynęło się całkiem miło,  spokojnie oddając się w pełni przyjemności spływania. Pływanie samodzielne daje ogromną przyjemność obcowania sam na sam z otaczającym światem, natomiast pływanie w zespole daje nie tylko przyjemność, ale i satysfakcję dzielenia się tą przyjemnością z innymi. Z tego też powodu podzieliłem się ememesowo z niektórymi znajomymi pierwszym zdjęciem zrobionym z wodnego szlaku. Odpowiedzi były różne, ale najlepiej obrazującą moment, w który Was tu próbuję przenieść była obietnica przesłania mi kolejnego dnia bieżących zdjęć z szusowania po ośnieżonych stokach Alp Szwajcarskich. Co za kontrast - pomyślałem - takie rzeczy możliwe są tylko w zglobalizowanym dzisiejszym świecie.
Płynąc spokojnym tempem wpatrywałem się na przybrzeżne, łąki, wąwozy, lasy i nieliczne ludzkie budowle. Wokół najwyraźniej oprócz mnie tylko łabędzie i kaczki stwierdziły, że czas wypłynąć na szerokie wody. Natomiast żurawie, nieliczni ludzie i konie przypatrywali się z zaciekawieniem.


Wstęga na jeziorze skutym lodem
Żurawie. Dla spostrzegawczych


O tej porze roku woda wydaje się czystsza, niezaśmiecona być może, dlatego że wszelkie brudy skute i skryte są jeszcze w szuwarach pod warstwami śniegu i lodu. Płynąc tak minąłem pierwszy most na drodze łączącej Łęgajny z Barczewkiem. Tutaj rzeczna aleja zaczyna się prostować, aby wprowadzić mnie po tak rozścielonym wodnym dywanie na jezioro Wadąg. Mijam po prawej, na brzegu jakby cmentarzysko wszelkiego rodzaju łodzi które, być może któregoś dnia ktoś zechce ożywić, spuszczając na wodę. Widać, że niektóre z nich nie doczekają już lepszych czasów. Troszkę smutny widok.

"Cmentarzysko łodzi"

Wodny dywan i wrota na jez. Wadąg

To miał być półmetek mojego pierwszego, tegorocznego, samodzielnego spływu.
Wpłynąłem nieco niepewnie na wody jeziora Wadąg wśród zalanych wodą drzew i schowanego wśród nich kopca - bobrzego żeremia.
Od północy wiał silny wiatr spychając nieco mój kajak do krawędzi lodu. Jezioro Wadąg jak się okazało za wyjątkiem zwężającej się wstęgi pokryte było grubą warstwą lodu (13.03.2011) na której odpoczywały "w drodze do ..." wszelkiego gatunku ptaki. 
Tego nie przewidziałem, ale skoro już tu jestem próbuję tak wykutym korytem wśród lodu przebijać się dalej. Niestety silny wiatr i niebezpieczeństwo zepchnięcia kajaka burtą pod lód nie pozwalają zrobić zdjęć, muszę cały czas wiosłować. Wzrokiem wypatruję w dali gdzie uda mi się dopłynąć. Gdy już jestem niecałe 100 m od drugiego brzegu okazuje się, że moja rzeka nie miała siły przebicia i schowała się pod lód. Czuję się pokonany i zawracam w jedynym szerszym miejscu. Teraz mam przeciwko sobie nie tylko wiatr, ale i prąd rzeki, która usilnie chce mnie zatrzymać. Muszę wrócić ok 1km wodą pod prąd szukając miejsca do zejścia na ląd. Ten ląd wzdłuż brzegu wydaje się unosić w powietrzu (Avatar) na warstwie lodu, więc nie dla mnie. Płynę aż do mostka, który poprzednio mijałem. Po drodze omijam spływające tafle lodu które, oderwane zostały od brzegu, licząc że, mój kajak ocierając się o nie, nie pójdzie na dno jak Tytanic. Ostatnie kilkaset metrów jest lepsze na mięśnie obręczy barkowej niż siłownia.
Jestem na brzegu, trochę zmęczony, ale szczęśliwy. Jeszcze tylko telefon po transport i można śmiało zaliczyć dzień do udanych, choć mój plan pozostaje do zrealizowania kolejną razą. W końcu gdy, lód odpuści uda mi się doświadczyć połączenia tych dwóch pięknych rzek, Pisy Warmińskiej oraz Łyny. Czuję niedosyt tak w spływaniu jak i zrobionych zdjęciach. Tak, więc do zobaczenia na szlaku "W drodze do..."


Baner 720x300

create your own banner at mybannermaker.com!
Copy this code to your website to display this banner!